Afera SKOK Wołomin. Działania syndyka i komisarza pod lupą prokuratury

Money_Logo_PODSTAWOWE

Afera SKOK Wołomin nie zakończyła się wraz z upadłością kasy. – Trwa próba legalizacji wyłudzonych kredytów pod nosem instytucji państwa – twierdzi grupa poszkodowanych, która dotąd nie odzyskała 120 mln zł depozytów. Prokuratura zaś wszczęła śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków przez syndyka i sędziego-komisarza.

Kto w SKOK Wołomin miał mniej niż 100 tys. euro depozytu, ten pieniądze odzyskał – w ramach wypłat z Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Jednak blisko 800 osób, które na kontach w kasie miało większe kwoty, dotąd nie odzyskało ok. 120 mln zł. To właśnie ta grupa – przez reprezentujące ich Stowarzyszenie Wspierania Spółdzielczości Finansowej im. Św. Michała – domagała się, by sprawą zajęła się prokuratura.

– To jest największy przekręt finansowy w historii Polski, w którym kosztem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego zostały wyprowadzone ponad 2 mld zł, a za chwilę zostaną zalegalizowane – mówi money.pl Piotr Stasiewicz ze stowarzyszenia im. Św. Michała.

Na czym według niego polega mechanizm legalizacji pieniędzy ze SKOK-u Wołomin? – Jeśli pan wyłudziłby wcześniej takie kredyty, to kupując od syndyka taki pakiet za grosze, może pan sobie te pieniądze w 100 proc. zalegalizować. Nawet po opłaceniu podatku jest pan legalnym posiadaczem pieniędzy, które wcześniej pan wyłudził – przekonuje.

Stasiewicz jest jedną z 781 osób, które w SKOK-u Wołomin trzymały lokaty o wartości przekraczającej równowartość 100 tys. euro. Jak mówi, wielu z poszkodowanych w aferze straciło dorobek życia, który zainwestowały w korzystnie oprocentowane depozyty w wołomińskiej kasie. – Z tego powodu mamy determinację, by walczyć – deklaruje.

Argumenty stowarzyszenia okazały się na tyle przekonujące, że Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga podjęła decyzję o wszczęciu śledztwa. Rzecznik Renata Mazur w rozmowie z money.pl podkreśla jednak, że na obecnym etapie śledztwo jest prowadzone w sprawie, a nie przeciw konkretnym osobom.

Śledczy wzięli pod lupę dwie sprawy: zaniechanie podjęcia przez syndyka prób sprzedaży upadłej kasy w całości – ze szkodą dla prywatnych wierzycieli. A także wydanie z depozytu sądowego przez sędziego-komisarza syndykowi kwot objętych przez syndyka.

Stowarzyszenie kontra syndyk

Stowarzyszenie poszkodowanych niemal od samego początku procesu upadłościowego walczy z syndykiem masy upadłościowej Lechosławem Kochańskim. Główny zarzut? Konsekwentne dążenie do sprzedaży masy upadłościowej – a tak naprawdę portfela kredytowego SKOK-u Wołomin – w częściach, a nie w całości.

Dlaczego to tak istotne? Zgodnie z art. 438 prawa upadłościowego nabywca upadłego banku lub kasy „przejmuje zobowiązania z tytułu rachunków bankowych”. W praktyce oznacza to, że gdy sprzedawany jest upadły bank, to bezpieczne są nawet te depozyty, które nie są gwarantowane przez BFG. Zostają po prostu przeniesione do banku-nabywcy.

W prawie jest jednak furtka: „jeżeli przedsiębiorstwo bankowe nie jest sprzedane w całości, syndyk za zezwoleniem sędziego-komisarza przystąpi do sprzedaży poszczególnych składników majątku upadłego banku”. W tym przypadku nie ma jednak mowy o przejęciu przez nabywców zobowiązań z tytułu rachunków bankowych. Co w praktyce pozbawia poszkodowanych depozytariuszy szans na odzyskanie choćby części pieniędzy. Art. 440 stanowi bowiem, że „należności Bankowego Funduszu Gwarancyjnego (…) ulegają zaspokojeniu w kategorii pierwszej”.

– Od chwili ogłoszenia upadłości SKOK-u Wołomin wchodzi pan Kochański, który od razu wszystko likwiduje. Wszystko. Bez żadnych list wierzytelności składa wniosek do sądu o sprzedaży kredytów z wolnej ręki – mówi Stasiewicz. – Uniemożliwia spłatę kredytów, zamykając oddziały. Nie informuje ludzi, jak mają spłacać kredyty, a potem mu wychodzi, że ma 90 proc. niespłacanych kredytów. W tej sytuacji występuje od razu z wnioskiem o sprzedaż SKOK-u Wołomin w częściach, czyli z wolnej ręki, dowolnym firmom, w dowolnej części, bez kontroli sądu – wymienia przedstawiciel poszkodowanych.

– To jest posługiwanie się argumentami bez znajomości akt sprawy i specyfiki postępowania upadłościowego – odpiera zarzuty Lechosław Kochański. W rozmowie z money.pl syndyk przekonuje, że na przeszkodzie sprzedaży SKOK-u Wołomin w całości stoi fakt, że sąd dotąd nie powołał biegłego do wyceny masy upadłościowej kasy. – Nie mogę sprzedać przedsiębiorstwa, a nawet podjąć jakiejkolwiek próby, dopóki nie ma wyceny przez biegłego sądowego – utrzymuje.

– To postępowanie jest dla mnie kolejnym potwierdzeniem tezy, że po pół roku prowadzenia postępowania upadłościowego najgorszy jest syndyk. Nikt nie patrzy, kto narozrabiał, ale najgorszy jest syndyk, bo nie wypłaca, czy nie podejmuje prób sprzedaży. Ja tego nie mogę zrobić, dopóki nie będzie pewnych rzeczy, które są ode mnie niezależne – mówi Lechosław Kochański.

Kochański nie chce komentować podjętego przez Prokuraturę Warszawa-Praga śledztwa. – Wolę się nie wypowiadać na ten temat, nie wiem, co jest w zawiadomieniu, a jestem też związany tajemnicą.

Rada wierzycieli

O losie SKOK Wołomin decydować ma przede wszystkim rada wierzycieli. Jest w niej przedstawiciel BFG (po wypłacie 2,25 mld zł świadczeń fundusz formalnie posiada 95 proc. wszystkich wierzytelności upadłej kasy), jest i przedstawiciel NBP. Do niedawna była też w radzie posiadaczka depozytu przekraczającego wartość 100 tys. euro. Ale zrezygnowała.

Przedstawiciele poszkodowanych obawiali się, że skład rady (w której wystarczy większość 2/3 głosów), przekreśli ich szanse na odzyskanie pieniędzy. BFG bowiem nie ukrywał, że jest za sprzedażą SKOK-u Wołomin w częściach. Prezes BFG Jerzy Pruski dał temu wyraz w piśmie z maja 2015 r. do ówczesnego ministra finansów Mateusza Szczurka. Przekonywał, by nie stosować wspomnianego wyżej art. 438 prawa upadłościowego, ponieważ – jak stwierdził – stoi to w sprzeczności z dyrektywami Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej.

W sądzie upadłościowym BFG złożył też wniosek o zmianę postanowienia, które uniemożliwiało sprzedaż SKOK-u Wołomin w częściach. Jednak sąd w lipcu 2015 r. wniosek BFG odrzucił. Rolą Funduszu w postępowaniu upadłościowym w międzyczasie zainteresowało się Ministerstwo Finansów, które poprosiło o wyjaśnienia.

Pierwsze posiedzenie rady wierzycieli zaplanowano na 25 lutego. Odbyło się, mimo że tydzień wcześniej Prokuratura Warszawa-Praga złożyła do sądu upadłościowego pismo, w którym zwróciła się o przełożenie posiedzenia. Kolejne odbyło się 1 marca.

Jak dowiedzieliśmy się w poniedziałek od syndyka Kochańskiego, rada wierzycieli, w której zasiadają tylko przedstawiciele BFG i NBP, przyjęła uchwałę o… podjęciu próby sprzedaży SKOK-u Wołomin w całości. – Nadgwaranci ze stowarzyszenia powinni być bardzo zadowoleni – stwierdza syndyk.

Co na to stowarzyszenie? – Sprawa zrobiła się zbyt głośna, o co zresztą zabiegaliśmy, włącznie ze śledztwem prokuratury – komentuje Piotr Stasiewicz. – Bardzo ciężko byłoby wytłumaczyć się konkretnym urzędnikom z BFG, jak również sędziemu, dlaczego podejmowali takie, a nie inne decyzje. Bo były to działania bezprawne – przekonuje przedstawiciel stowarzyszenia im. św. Michała. Teraz on i reszta poszkodowanych musi czekać, jakie działania pójdą za uchwałą.

Z tygodniowym opóźnieniem, dopiero w czwartek bardziej precyzyjne informacje na temat podjętej uchwały przekazał money.pl sąd. Jak się okazuje, zgodnie z zaaprobowanymi propozycjami syndyka, próba sprzedaży upadłej kasy ma zostać podjęta tylko raz. W razie jej niepowodzenia, rada wierzycieli zostanie „niezwłocznie” zwołana, by rozważyć podjęcie uchwały o odstąpieniu od sprzedaży SKOK-u Wołomin jako całości.

Kto czego zaniedbał

Stasiewicz sugeruje, że dwuznaczną rolę w sprawie odegrała Komisja Nadzoru Bankowego, która miała przymykać oko na proceder wyprowadzania pieniędzy ze SKOK-u Wołomin, pomimo podjęcia formalnych działań nadzorczych. Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa niedopełnienia obowiązków przez szefa Andrzeja Jakubiaka i dwóch jego zastępców do Prokuratury Generalnej kilka miesięcy temu złożył nawet poseł PiS (obecnie wiceminister infrastruktury) Jerzy Szmit, ale Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie dopatrzyła się w działalności szefów KNF-u znamion czynu zabronionego.

KNF zdecydowanie wszelkie zarzuty odpiera. Na dowód swojej istotnej roli i zagrożenia dla działającej w SKOK-u Wołomin grupy przypomina fakt pobicia zastępcy przewodniczącego KNF Wojciecha Kwaśniaka w kwietniu 2014 roku. Jednocześnie KNF obciąża Kasę Krajową SKOK, wskazując, że „nigdy nie zawiadomiła prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa w SKOK Wołomin oraz nie przekazała KNF protokołów z lustracji i kontroli w SKOK Wołomin”. – Dokumenty odnalezione przez zarządcę komisarycznego wskazują, że Kasa Krajowa wiedziała o procederze w SKOK Wołomin w 2008 r., ale nie zawiadomiła o nim prokuratury – twierdzi KNF.

Rzecznik Kasy Krajowej SKOK Andrzej Dunajski w rozmowie z money.pl deklaruje, że nie da się wciągać w „odbijanie piłeczki” z KNF-em. Twierdzi, że Kasa Krajowa wskazywała KNF na problemy w działalności SKOK Wołomin.

Andrzej Dunajski wskazuje także, że „Kasa Krajowa nie otrzymała propozycji wsparcia płynnościowego SKOK Wołomin ze strony NBP”. Narodowy Bank Polski odpowiada na to, że od czasu zmiany przepisów w grudniu 2013 roku „nie może udzielać bezpośredniego wsparcia płynnościowego spółdzielczym kasom oszczędnościowo-kredytowym”.

Lechosław Kochański w połowie lutego złożył w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa bezprawnego wpłynięcia na organ postępowania upadłościowego. Jak wyjaśnił, 8 lutego otrzymał mail z pogróżkami, którego intencją miało być nakłonienie go do sprzedaży SKOK-u Wołomin w całości. Prokuratura uznała jednak, że tego typu zawiadomieniem powinna zająć się policja i przekazała je do rozpoznania Komisariatowi Warszawa-Żoliborz. Sprawa jest w toku.


 

Rozmowa z Piotrem Stasiewiczem

Jacek Bereźnicki, money.pl: Czym jest dla pana upadłość SKOK-u Wołomin?

Piotr Stasiewicz, Stowarzyszenie Wspierania Spółdzielczości Finansowej im. Św. Michała: To jest największy przekręt finansowy w historii Polski, w którym kosztem Bankowego Funduszu Gwarancyjnego zostały wyprowadzone ponad 2 mld zł, a za chwilę zostaną zalegalizowane.

W jaki sposób?


Najpierw w majestacie prawa, w przeciągu dwóch lat ze SKOK-u Wołomin „na słupy” można było wyprowadzić 80-90 proc. wszystkich pieniędzy zgromadzonych w tej kasie, po czym w tej chwili syndyk próbuje sprzedać ten portfel kredytowy z wolnej ręki za przysłowiową złotówkę. Głównymi beneficjentami w tej sytuacji będą osoby, które wyprowadzały pieniądze z kasy – będą mogły legalnie wprowadzić do obiegu. Są w to zaangażowane prawdopodobnie osoby na bardzo wysokich stanowiskach. Zamieszane w cały proceder są dawne służby WSI, które nadal mają wpływy i korzystają z nich.

Sugeruje pan, że poza siedzącym w areszcie Piotrem P. byli w to zaangażowani inni oficerowie WSI?

Tego nie da się przeprowadzić w pojedynkę bez odpowiedniego wsparcia i to wsparcia na każdym etapie sprawy Przecież było jeszcze kilka powiązanych z nim osób, które miały kierownicze funkcje w SKOK-u Wołomin, a jak dowiedzieliśmy się z mediów, przychylność KNF-u przed zawieszeniem działalności kasy mogła być związana z łapówkami 2,5 mln zł, jakie zarząd SKOK Wołomin miał zapłacić Adamowi Ch., założycielowi związanego z WSI Konsorcjum Victoria S.A. Nie ma możliwości w normalnych warunkach, przez dwa lata wyprowadzenia takiej ilości pieniędzy.

Jak to możliwe, że nikt o tym nie wiedział?

Wiedzieli o tym wszyscy. KNF doskonale zdawał sobie z tego sprawę, bo już w 2013 roku prokuratura w tej sprawie wszczęła postępowanie, właśnie na wniosek KNF-u. Generalny Inspektor Informacji Finansowej po kontrolach napisał wprost, że jest to pralnia brudnych pieniędzy – zagraniczne firmy spłacały nie swoje kredyty. Kredyty na duże kwoty miały wychodzić w gotówce – przecież nie ma technicznej możliwości, żeby taką ilość gotówki wyprowadzić z systemu. To nie są miliony, czy nawet dziesiątki milionów, ale miliardy.

Jaka według pana jest realna kwota wyprowadzonych ze SKOK-u Wołomin pieniędzy? Jak rozumiem, 800 mln, jakie pojawia się w śledztwie gorzowskiej prokuratury to tylko część?

Suma bilansowa SKOK-u Wołomin to ok. 2,8 mld zł, BFG wypłacił członkom kasy 2,2 mld zł, prokuratura w Gorzowie toczy śledztwo w sprawie wyprowadzenia 800 mln zł, a syndyk mówi, że wszystkie aktywa są warte 280 mln zł. Proszę zobaczyć, jaka jest rozbieżność.

Z wypowiedzi prasowych syndyka masy upadłościowej Lechosława Kochańskiego wynika, że aktualna wartość SKOK-u Wołomin jest niewielka ze względu na katastrofalną jakość kredytów.

Syndyk nie ma tu nic do gadania, bo przepisy upadłościowe mówią wprost, że w przypadku upadłości banku musi być podjęta próba jego sprzedaży w całości – to jest obligatoryjne. My to podnosimy na każdym kroku. Wszystkie wnioski, które składa syndyk, a pierwszy wniosek o odstąpienie od sprzedaży złożył już w kwietniu zeszłego roku, nie mają racji bytu. Bez bilansu, bez listy wierzytelności i bez wyceny przedsiębiorstwa? Wychodząc z założenia, że tego nie da się sprzedać, bo nie. To, że wnioskuje, że nie ma przedsiębiorstwa jako całości, to są tylko i wyłącznie jego działania.

Jakie działania?

Uniemożliwia spłatę kredytów, zamykając oddziały. Nie informuje ludzi, jak mają spłacać kredyty, a potem mu wyszło, że ma 90 proc. niespłacanych kredytów. W tej sytuacji występuje od razu z wnioskiem o sprzedaż SKOK-u Wołomin w częściach, czyli z wolnej ręki, dowolnym firmom, w dowolnej części, bez kontroli sądu.

Kto może być zainteresowany kupnem części SKOK-u Wołomin?

Jeśli pan wyłudziłby wcześniej takie kredyty, kupując od syndyka taki pakiet za grosze, może pan sobie te pieniądze w 100 proc. zalegalizować. Nawet po opłaceniu podatku jest pan legalnym posiadaczem pieniędzy, które wcześniej pan wyłudził.

Tak po prostu?

To oczywiście nie będzie taki prosty mechanizm, tylko to pójdzie przez sieć firm windykacyjnych i spółek, w tym zagranicznych, żeby nie dało się tego wyśledzić. Właśnie tu jest największy przekręt – kosztem BFG skorzystają ludzie, którzy brali udział w procederze wyprowadzania pieniędzy ze SKOK-u Wołomin. W tej sprawie było tyle zbiegów okoliczności, że to jest niemożliwe, że nie ma w tym wszystkim drugiego dna. Bardzo zastanawiający jest czas reakcji KNF. Moim zdaniem czekano, aż odpowiednia ilość gotówki zostanie wyprowadzona.

Czyli według pana ktoś w KNF-ie robił to umyślnie.

Na pewno jakieś wsparcie ze strony KNF-u przy tym procederze musiało być. Nie ma innej możliwości. Jeśli z kasy są wyprowadzane kredyty na te same osoby, na te same gwarancje, a już wcześniej kontrole wykazują, że są tam popełniane przestępstwa i nikt nie reaguje, to jest karygodne. Jerzy Szmit, obecny wiceminister infrastruktury, w październiku zeszłego roku złożył zawiadomienie w prokuraturze, zarzucając szefowi KNF Andrzejowi Jakubiakowi i jego zastępcom brak nadzoru KNF-u nad SKOK-iem Wołomin.

Za to państwo złożyli zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa przez syndyka.

Od chwili ogłoszenia upadłości SKOK-u Wołomin wchodzi pan Kochański, który od razu wszystko likwiduje. Wszystko. Bez żadnych list wierzytelności składa wniosek do sądu o sprzedaży kredytów z wolnej ręki. Już wtedy miało być to zalegalizowane, ale wtedy my jako poszkodowani zaczęliśmy drążyć sprawę i okazało się, że przepisy mówią co innego. Zaczęliśmy pisać wnioski do sądu, wypowiadać się publicznie, również podczas posiedzenia podkomisji sejmowej posła Święcickiego. I pani sędzia-komisarz Małgorzata Brzozowska przyznała nam rację, że najpierw powinna być wycena przedsiębiorstwa, a następnie wystawienie go w transparentnym przetargu. Ale po tych decyzjach zostaje odwołana. Nowym sędzią-komisarzem zostaje Arkadiusz Zagrobelny, który z Lechosławem Kochańskim prowadził już sprawę upadłości spółki z grupy Amber Gold.

Co się wtedy zmienia?

Nowy sędzia-komisarz wszystkie wnioski syndyka akceptuje w takim tempie, że nam pozostaje dzień może dwa, żeby się do nich ustosunkować (pod warunkiem codziennych wizyt w Sądzie). Po czym się okazuje, że nasze stanowisko jest odrzucane bo wcześniej zapadło postanowienie.

Co to za decyzje?

Wniosek syndyka, niezgodny z prawem, o likwidacji depozytu sądowego na kwotę 115 mln zł – zaakceptowany. Wniosek syndyka o rezygnację z windykacji kredytów, również niezgodny z prawem – klepnięty. To nie jest rola syndyka – syndyk ma obsługiwać kredyty, a nie rezygnować z windykacji.

I w każdej z tych spraw państwo złożyli zawiadomienia do prokuratury?

Tak. Następna rzecz: okazuje się, że potrzebna jest rada wierzycieli, która do tej pory nie była potrzebna, BFG nie wyrażał na to zgody, a takie wnioski składaliśmy. Nagle jest potrzebna. W trzyosobowej radzie wierzycieli jest przedstawiciel BFG – to zrozumiałe, bo to największy wierzyciel. Kolejny jest już jednak z NBP, który ma w SKOK-u Wołomin zaledwie ok. 400 tys. zł, a jednak zasiada w radzie wierzycieli.

Trzecim członkiem rady wierzycieli jest osoba prywatna.

Ta osoba faktycznie ma dużą stratę, ale w radzie nie ma żadnej roli. Decyzje zapadają w niej większością głosów. Wie pan, jaki jest jeden z pierwszych punktów rady wierzycieli? Odstąpienie od sprzedaży SKOK-u Wołomin w całości. Powinno być zupełnie inaczej: najpierw syndyk wystawia masę upadłościową w przetargu. Nie ma chętnego? To składa wniosek o odstąpieniu o sprzedaży w całości, sędzia go akceptuje, a następnie zgodę wyraża rada wierzycieli. Tak mówią przepisy. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Przepisy upadłościowe dotyczące banków wyraźnie mówią, że musi być podjęta próba sprzedaży w całości. Dopiero wtedy, gdy to się nie uda, może być sprzedaż w częściach.

Nie było żadnej takiej próby?

Na żadnym etapie nie było takiej próby. W tym przypadku taka decyzja rady jest potrzebna tylko po to, by sędzia mógł powiedzieć, że o sprzedaży w częściach zdecydowali wierzyciele, a nie on. Ale przecież rada tak naprawdę w ogóle nie reprezentuje wierzycieli!

Formalnie – tak.

Tu nie chodzi o kwestie formalne. Proszę zobaczyć, jaki portfel kredytowy będzie sprzedawany, ile było nieprawidłowości i ile śledztw jest toczonych. W takiej sytuacji powinno być to sprzedane w sposób transparentny, a nie przez syndyka z wolnej ręki. Jeśliby nas nie było, wszystko przeszłoby po cichu. Tak się jednak złożyło, że my utraciliśmy na upadku SW dorobek życia i po prostu mamy determinację, by o to walczyć. Jakby wszyscy wierzyciele dostali pieniądze od BFG, to nikt by się o to nie upomniał. To byłby przekręt doskonały.

Większy niż afera Amber Gold?

W przypadku Amber Gold ukradziono 800 milionów złotych, a w przypadku SKOK-u Wołomin może być nawet 2,5 miliarda! Podejrzewamy, że to samo będzie w przypadku SK Banku, który upadł niedawno – tam chodzi o 1,5 mld zł.

To samo, czyli?

Syndykiem masy upadłościowej SK Banku też jest Lechosław Kochański, a jednym z trzech sędziów-komisarzy jest Arkadiusz Zagrobelny, ten sam, co u nas. To jest ta sama grupa ludzi.

 

całość do przeczytania w serwisie money.pl

Add Comment